czyli moje wycieczki i ulubione miejsca okraszone zdjęciami.

Sie

2

Wielka Brytania 2007 – podsumowanie.

Autor: Marian Maroszek

W tym punkcie postaram się zebrać kilka moich luźnych spostrzeżeń oraz uwag (od strony turysty z biednego, wschodniego kraju 😉 ), mogących przydać się komuś, kto planuje podróż do Wielkiej Brytanii.


  • Na dzień dzisiejszy – tylko samolotem. Mordować się dobę w autobusie to masochizm. Ewentualnie własnym transportem. Wtedy jesteśmy niezależni.
  • Jest dość drogo, oczywiście biorąc pod uwagę zarobki w Polsce. My zwiedzaliśmy robiąc wypady ze stałego miejsca (Birmingham), a ponieważ sieć dróg jest gęsta i dobrej jakości, to przejazdy trwają stosunkowo krótko. Paliwo na dzień dzisiejszy kosztuje od 94 do 98 pensów za litr.
  • Kultura osobista. Generalnie tam słowa dziękuję, przepraszam itp. padają jak strzały w westernie. Niektórzy twierdzą, że to udawane, ale ja chyba wolę udawaną (i stosowaną na co dzień) kulturę, niż szczere chamstwo. Ludzie są bardzo pomocni, pogodni i otwarci. Respektują kolejki w sklepach, przestrzegają przepisów drogowych (z wyjątkiem tych młodych gniewnych).
  • Kultura na drogach. Jeżeli ktoś przebrnął przez cały ten tekst, to czytał już o tirowcu, który puścił szpaler jadących za nim samochodów wjeżdżając na chwilę w zatoczkę serwisową. Włączenie się z drogi podporządkowanej nie stanowi żadnego problemu, zawsze ktoś nas wpuści. To samo na przejściach dla pieszych. Niekiedy aż mnie to drażniło: człowiek się zatrzymuje, aby puścić auto (w końcu samochód ciężej zatrzymać, niż człowieka), a tu kierowca gwałtownie hamuje, aby nas puścić na drugą stronę jezdni. Szok.
  • Język. Warto znać angielski, choć i bez niego, na migi, większość rzeczy da się załatwić. Problem stanowi coś innego, ich akcent… Aby dobrze rozumieć rozmowy Anglików, trzeba spędzić z nimi kilka miesięcy. Do tego dochodzą slangi, np. w Birmingham istnieje szereg słów, których w szkole się nie nauczymy. Jeżeli Brytyjczyk nie będzie chciał, abyśmy go zrozumieli, to nie ma co się wysilać.
  • Organizacja. Tam wszystko jest ułożone. Kolejka? To wytyczona słupkami z napiętą taśmą. Parking? Strzałeczki prowadzą do celu. Jest porządek. Początkowo zastanawiałem się, po co to? Teraz wiem. Dzięki temu wszystko odbywa się szybciej i sprawniej, przy mniejszych nerwach.
  • Turystyka. Wszystko jest ustawione pod turystów. Każde miasteczko, które odwiedzaliśmy, miało swoje biuro informacji turystycznej. Tam zaś masa materiałów dotyczących regionu. Mapki, miejsca noclegowe, katalogi z atrakcjami itp.. Oczywiście wszystko za darmo i w każdych ilościach… Płatne rzeczy to albumy z danego miejsca i oczywiście pamiątki. Od razu powiem, że warto je kupować (te albumy 😉 ). Poznamy w ten sposób historię, a do tego otrzymamy pamiątkę z dobrej jakości zdjęciami, które pobudzą wspomnienia za kilka lat.
  • Ubikacje. Wszędzie ich dużo, ogromna większość za darmo. Najczęściej dość czyste, z papierem, umywalkami itp.. W sporej ilości miejsc znaleźć można toalety dostosowane dla osób niepełnosprawnych. Często widzi się również pomieszczenia, w których można przewinąć dziecko.
  • Parkingi. Bywają bolączką, szczególnie w trakcie najazdu turystów. My raczej nie miewaliśmy większych problemów, po kilku minutach zawsze coś się znalazło. Wyjątek – Aberystwyth. Jednak i tam udało się ostatecznie zostawić auto. Aha, praktycznie wszystkie parkingi są płatne, a wokół nich krążą inkasenci, więc nie radzę oszczędzać.
  • Polacy. Jest ich wielu, wszędzie słychać rodzimy język. Dość dziwne uczucie, wręcz nie czuje się wyjazdu.
  • Jedzenie. Nie ma właściwie o czym mówić. Oczywiście są drogie restauracje, gdzie można dobrze zjeść, ale to, co serwowane jest na ulicach na szybko, jest takie sobie. Ich słynne fish&chips (czyli ryba z frytkami) nie dorasta do pięt naszemu świeżutkiemu dorszowi. Ładują to w panierkę, smażą w głębokim tłuszczu i jeszcze z tego dumni są 😉 . A nie ma z czego. Popularne kebaby robi się nieco inaczej niż u nas. Tam skrawa się pół kilo mięsa do bułki i na wierzch kładzie nieco surówki, u nas do bułki ładuje się pół kilo surówki, a na wierzch kładzie nieco mięsa 😉 . Serio. Porcje bywają ogromne, często zbyt duże. Ciekawe jedzenie oferują Azjaci. Niby to samo co u nas, ale jednak inaczej. Jest dość tanio, ale dużo (za dużo!) i smacznie. Hot dogi kupowane z budek mogą zaskoczyć. Do zimnej bułki ładują zimny ser i na to ciepłą kiełbaskę o nieokreślonej konsystencji. Nie polecam… Jedno jednak muszę przyznać tej diecie: potrafiłem zjeść coś w południe i przypomnieć sobie o głodzie wieczorem. Jakieś to wszystko syte.

I to by było na tyle. Polecam Wielką Brytanię, jest to kraj, który warto ponad wszelką wątpliwość odwiedzić.

Nawigacja.

Wstęp

Skomentuj wpis