czyli moje wycieczki i ulubione miejsca okraszone zdjęciami.

Maj

10

Windermere – 2008.05.10

Autor: Marian Maroszek

Dziś już nieco sprawniej: pobudka, śniadanie i w drogę. Pogoda w miarę, znaczy się nie pada. Droga upłynęła raczej szybko i bez większych atrakcji, dopiero w okolicach Lancaster pojawiają się nieco większe pagórki. Po zjechaniu z autostrady M6 drogi stają się węższe, pokręcone i ogólnie bardzo urokliwe. Dojeżdżamy do Windermere.

Ludzi masa, aut również, dramat. Ale nic to, odwiedzamy informację turystyczną (oczywiście nasza rodaczka znalazła tam pracę), bierzemy ulotki oraz mapę i ruszamy w drogę. Naturalnie nie idziemy za strzałkami w stronę mariny, tylko od razu ulicą Birthwaite Road kierujemy się w stronę jeziora.



Udajemy się na Hammarbank Viewpoint, później na Queen Adelaide’s Hill. Spacerujemy wzdłuż Wynlass Beck. Widoki piękne, jednak dziś okoliczne szczyty spowija dość gęsta mgła i widać w zasadzie tylko kontury. Szkoda.

Jezioro Windermere

Jezioro Windermere.

Wodospad na jednej z rzek wpadających do Windermere

Wodospad na jednej z rzek wpadających do Windermere.

Idąc brzegiem jeziora Windermere napotykamy „polski” obrazek, zresztą wypatrzyli go również żeglarze z łodzi. Ogólnie niezła wizytówka. No chyba, że Brytyjczycy aż tak upodobali sobie nasze piwo…

Bałagan nad jeziorem

No okolicznych pagórkach pasą się stada owiec, to tutaj dość powszechny widok.

Owce

Podążamy dalej, w stronę przystani. Mijamy po drodze Steamboat Museum, ale nie wchodzimy tam, nie ma dziś czasu. W okolicach Promenade robi się naprawdę tłoczno, to jednak kurort. Zaopatrujemy się w Tesco w jakieś płyny (oczywiście kolejna Polka okupuje strategiczną pozycję – pozdrawiamy Joannę 🙂 ). Po długotrwałej wymianie zdań decydujemy się na kurs promem po jeziorze. Wybieramy trasę niebieską, czyli kurs okrężny, trwający około 45 minut. Czy warto? Pewnie, że tak, szczególnie, jeżeli pogoda dopisuje. Zawsze to nieco inne spojrzenie na otoczenie.

Jachty na Windermere

Żaglówki na Windermere

Żaglówki na Windermere.

Po rejsie pora na mały posiłek, czyli ich nie najlepszy fastfood. Oczywiście i tu Polacy zwyciężyli zajmując dwa z trzech stanowisk w budce z hamburgerami. Po znajomości otrzymaliśmy sporą porcję frytek 🙂 .

Dzień się niestety powoli zbliża ku końcowi, więc musimy uciekać do miejsca, w którym zarezerwowaliśmy sobie nocleg. Opuszczamy Windermere i kierujemy się do Ingleton, tam czekają na nas dwa przytulne pokoje. Droga upływa spokojnie (z wyjątkiem jednego głąba, który wymusił pierwszeństwo – nawet i tam zdarzają się tacy geniusze), odnajdujemy pensjonat, rzucamy bagaże, właściciele tłumaczą nam cierpliwie, co też można znaleźć w okolicy, rozrysowują na mapie wszelkie atrakcje, puby i inne ważne miejsca. Z ogromnym trudem dostosowują swój akcent do naszych uszu i… wychodzi im to wyśmienicie – rozumiemy wszystko, co do słowa. Bardzo przyjemni ludzie.

Po chwili odpoczynku postanawiamy udać się na spacer po okolicy, szybko jednak okazuje się, że szlak prowadzący do pobliskich wodospadów jest nie dość że płatny (to można zrozumieć, tu wszystko jest prywatne), to jeszcze zamknięty ze względu na późną porę. Zrobiliśmy więc rundkę pasażami wzdłuż rzeki. Następnie udaliśmy się na poszukiwanie jakiegoś przybytku z piwem. I znaleźliśmy. Pub nazywał się Wheatsheaf, miał typowe, starodawne wnętrze, i – oprócz Guinessa – również niesamowitego Cainsa w trzech różnych smakach. W ogródku piwnym zabawiliśmy czas jakiś, nie chciało się wracać do pensjonatu. Jednak jutro kolejny aktywny dzień, więc trzeba wypocząć.

Nawigacja.

Kolejny dzień – Malham

Wstęp

One Response so far

Piękne widoki ale pochwalę się , że równie piękne widziałam na Mazurach.

Skomentuj wpis