czyli moje wycieczki i ulubione miejsca okraszone zdjęciami.

Sty

5

Podróż i pierwszy dzień – 2008.01.04-05

Autor: Marian Maroszek

Bezpośrednie połączenie z Krakowem, na szczęście. W całej swej naiwności wymyśliliśmy sobie, że jeżeli wykupimy bilet w pierwszej klasie, to komfort znacząco się polepszy. Cóż, więcej miejsca na nogi i możliwość rozłożenia się, gdy jest mało ludzi, to z pewnością plus, jednak temperatura bliska tej za oknem to już nieco większy problem. Konduktor z rozbrajającą szczerością odparł, że przecież ogrzewanie jest włączone, ale on za termostaty w przedziałach nie odpowiada. Nie ważne, że w całym wagonie ciepło było w 1 (słownie jednym) przedziale. Niby racja, ale widać, że człowiek lubi „Misia” Stanisława Barei. Na pytanie, czemu jest tak zimno, odparł (cytat oryginalny): „Jest zima to musi być zimno” 😀 . Roztrzaskał mnie. Nic to, minęło 14 godzin, dojechaliśmy do Krakowa, odnaleźliśmy Regionalny Dworzec Autobusowy i poczekaliśmy na resztę składu. Po kilkudziesięciu minutach, już w komplecie, wsiedliśmy do jednego z autobusów i ruszyliśmy do celu naszej podróży – Zakopanego. Muszę przyznać, że jestem miło zaskoczony organizacją na wspomnianym dworcu: tablica świetlna, pomocne panie w kasie, autobusy co 15 minut. Wszystko szybko, sprawnie i do rzeczy.

Podróż super. Poza małym zgrzytem na Zakopiance wszystko przebiegło bez problemów. Widoki coraz piękniejsze, pogoda rewelacja, ogólnie git. Dojeżdżamy do Zakopanego i już widać nad Tatrami niepokojący wałeczek chmur. Miejscowi mówią, że będzie Halny. Nie pomylili się.

Tego dnia wybraliśmy się na obfitą konsumpcję do pobliskiej karczmy (ależ się tu pobudowało!), a później na zatłoczone Krupówki. Na góry było już za późno, a w domu szkoda siedzieć. Zresztą – nie byłem tu już kilka lat. Wiele się nie zmieniło: masa ludzi, wszędobylski smród jedzenia, stragany. Jednak jest pewien szczegół, którego dawniej się nie zauważało: tłumy turystów zza wschodniej granicy. Wszędzie słychać śpiewną mowę naszych sąsiadów. Łatwo ich poznać: noszą jednokolorowe kombinezony, takie od stóp do głów, grube i ciepłe, takie, jakie ja nosiłem mając 5 lat. Nie wiem, z czego to wynika, tym bardziej, że świetna pogoda, którą raczyliśmy się podczas przejazdu z Krakowa, gdzieś się zmyła. Zaczęło się robić ciepło i chlapowato. Cóż, prognozy, które czytałem jeszcze wczoraj, odchodzą w niebyt. Takie już są te nasze Tatry.

Po powrocie na kwaterę udało się nam tylko umyć, nieco posiedzieć, i właściwie dzień dobiegł spokojnie do końca. Zobaczymy, co jutro.

Nawigacja.

Kolejny dzień – Dolina Białego

Wstęp

Skomentuj wpis